sobota, 10 marca 2012

NOWOCZESNOŚĆ W DOMU I ZAGRODZIE


Alicja Barwicka
Odnosząc się do tego znanego powiedzenia - nowoczesność w różnych dziedzinach życia wkracza do naszych domów i zagród nie pytając o pozwolenie. Zresztą wcale nie musi pytać, bo sami prześcigamy się w pomysłach, jakby tu unowocześnić to i owo, bo życie nowoczesne to w końcu życie łatwiejsze. Niekoniecznie zastanawiamy się nad skutkami ubocznymi takich działań. W rezultacie jadamy dorodne truskawki (z bliżej nam nieznanymi dodatkami) już w lutym, co trochę dziwne w naszym klimacie, pijemy mleko, którego przydatność do spożycia sięga pół roku do przodu, spędzamy całe miesiące tkwiąc przed różnymi ekranami, głównie komputerowymi eliminując nawet przeciętną aktywność fizyczną, a podczas spaceru z dzieckiem rozmawiamy co prawda cały czas, ale przecież nie z dzieckiem, a przez komórkę ze znajomymi.
Jednym z hitów naszej nowoczesnej rzeczywistości jest technologia 3 D, w której coraz częściej chcemy oglądać filmy. Kina oferujące projekcję w tej technologii mają zapewnioną widownię, bo lubimy ten rodzaj rozrywki, ale czy możemy mieć pewność, że jest zupełnie nieszkodliwa dla naszych oczu? Już w latach 50 – tych XX wieku naukowcy rozpoczęli pierwsze próby z modelowaniem różnego rodzaju wizualizacji będących prekursorami tego, co dziś oglądamy w kinach podczas projekcji Avatara czy Hugo i jego wynalazku. Obecnie z uwagi na szczególnie atrakcyjne dla widza efekty grafiki trójwymiarowej w filmach opracowanych w technice 3D produkcja idzie pełną parą i na pewno będzie tych filmów coraz więcej. Szacuje się, że w najbliższych latach do kin trafi ponad 100 filmów 3D, a w domach dzięki korzystaniu z odbiorników z funkcją oglądania filmów w trójwymiarze z bliskiej odległości, będziemy się cieszyć także grami wideo wykonanymi w tej technologii. Producenci odbiorników obrazu w technologii 3 D inwestują ogromne sumy w poprawę jakości swoich produktów, ale zapotrzebowanie odbiorców na ten rodzaj atrakcji jest na tyle duże, że mimo niedoskonałych rozwiązań technicznych na rynku pojawia się coraz więcej nowych typów telewizorów, smartfonów, konsoli do gier umożliwiających odbiorcy korzystanie z technologii 3D. Obraz widziany stereoskopowo jest bardzo atrakcyjny. Jednak część z nas po wyjściu z kina odczuwa zmęczenie, ból i zaczerwienienie oczu czy też bóle głowy. Znacznie rzadziej zdarzają się nudności, wymioty i zaburzenia równowagi. Specyficznym rodzajem zaburzeń jest występujące bezpośrednio po zakończeniu projekcji zjawisko postrzegania otaczających przedmiotów jako mniejszych (mikropsja) oraz błędna ocena odległości. Opisane dolegliwości mogą występować w szczególności u osób z niewyrównanymi wadami wzroku.
Oglądanie filmów 3D przez dzieci poniżej 6 - 7 roku życia stwarza szczególny rodzaj zagrożeń. W tym okresie u dziecka proces widzenia obuocznego dopiero się kształtuje i odbiór bodźców oddzielnie z każdego oka może skutkować zaburzeniami. Zwłaszcza w typowej dla wieku dziecięcego chorobie zezowej można liczyć się z pogorszeniem rokowania w bardzo żmudnym procesie leczenia zmierzającego do uzyskania fizjologicznego widzenia stereoskopowego.
Nie odwrócimy biegu cywilizacji i bardzo dobrze, że możemy się cieszyć oglądaniem obrazu w technologii 3 D. Pamiętajmy jednak, by:
• jednorazowo nie obciążać narządu wzroku zbyt długo tą formą rozrywki, a u małych dzieci ograniczyć nieprzerwane oglądanie obrazu w 3 D do 1- 1,5 godziny,
• pod okulary polaryzacyjne zawsze założyć własne, korygujące wadę wzroku,
• zwracać uwagę (zwłaszcza u dzieci) na odległość od ekranu, bo im dalej jest zlokalizowany, tym bardziej fizjologicznie pracują nasze oczy.
MIŁEGO OGLĄDANIA!

niedziela, 12 lutego 2012

KAŻDY Z NAS MA JAKIEŚ WADY


Alicja Barwicka
Jak co roku na przełomie stycznia i lutego do poradni okulistycznych rodzice zgłaszają swoje dzieci na kontrolne badania ostrości wzroku i ewentualne skorygowanie używanych okularów. Myślę, że wiąże się to z okresem ferii zimowych, podczas których udaje się znaleźć dzień czy dwa na „remanenty” zdrowotne naszych pociech. To bardzo dobra pora, bo dziecko jest zazwyczaj rozluźnione, nie ma jutro klasówki do której nie zdążyło się jeszcze przygotować, a tym samym nie denerwuje się, że trzeba tracić cenne minuty w kolejce do lekarza. Najczęstszym powodem tych wizyt jest pogorszenie widzenia zauważone przez rodziców, a często i same dzieci. Z kolei najczęstszą tego przyczyną jest wada wzroku.
Jeśli dotychczas dziecko korzystało już z korekcji okularowej sprawa jest dość prosta i sprowadza się do badania kontrolnego z ewentualną zmianą mocy szkieł. Jeśli natomiast potrzeba zastosowania korekcji okularowej stwierdzona jest po raz pierwszy, zarówno dziecko jak i rodzice muszą uzyskać kilka podstawowych informacji, by móc się nie tylko z nową sytuacją oswoić, ale by przede wszystkim nie zaniedbać skorygowania wady refrakcji powodującej obniżenie ostrości wzroku. Mówimy tu o różnych rodzajach krótkowzroczności, o nadwzroczności (u większości małych dzieci występującej fizjologicznie) i niezborności (astygmatyzmie).
Oko posiada swoisty układ optyczny, którego zadaniem jest załamywanie wpadających do oka równoległych promieni świetlnych w taki sposób, aby skupiły się na siatkówce dając obraz oglądanego obiektu. Układ optyczny tworzą konkretne struktury anatomiczne (rogówka, komora przednia, soczewka, ciało szkliste), przy czym największą siłą łamiącą charakteryzuje się rogówka. Promienie światła przechodzące przez te struktury rozszczepiają się w wyniku aberracji optycznych dotyczących różnych środowisk. Z punktu widzenia zasad optyki ideałem, w którym nie ma jakichkolwiek aberracji optycznych jest oko miarowe. Wpadające do niego idealnie równolegle promienie świetlne zostają przez układ optyczny oka tak załamane, że skupiają się w centrum najważniejszej części siatkówki odpowiedzialnej za precyzyjne widzenie (dołeczku środkowym). W oku zbudowanym prawidłowo (miarowym) krzywizny powierzchni łamiących oraz współczynnik załamywania światła wszystkich ośrodków optycznych mają taką siłę łamiącą, że bez udziału mechanizmu akomodacji, równoległa wiązka promieni świetlnych ogniskuje się dokładnie na siatkówce. Warunkiem takiego stanu jest prawidłowy stosunek siły łamiącej układu optycznego do długości gałki ocznej. Ale nie zawsze oko jest zbudowane idealnie. Ponieważ długość gałki ocznej decyduje w istotnym stopniu o miejscu powstania obrazu (punkcie zogniskowania), trzeba się liczyć ze zmianami refrakcji oka w pierwszych dekadach życia z uwagi na wzrost i zmianę krzywizn w strukturach gałki ocznej. Biorąc pod uwagę liczbę ośrodków optycznych jakie ma do pokonania światło wpadające do oka oraz z uwagi na ich różne parametry optyczne prawie w każdym oku można określić nawet w minimalnym zakresie obecność wady wzroku będącej wynikiem aberracji optycznych. Jednak zaburzenia widzenia manifestują się dopiero przy pewnym stopniu deformacji krzywizn głównie rogówki oka.
Należy podkreślić, że w prawidłowym korygowaniu wady wzroku istotne są dwa elementy wymagające regularnych, okresowych kontroli ostrości wzroku i stanu wady wzroku:
• wartość i wysokość wady wraz ze wzrostem gałki ocznej może ulegać zmianom wymagającym zawsze aktualizowania korekcji okularowej,
• u dziecka proces widzenia obuocznego (stereoskopowego) dopiero się wykształca, a w przypadku kiedy jedno oko ma znacznie lepszą ostrość widzenia, taki proces może zostać zakłócony lub może się wcale nie wytworzyć. Aby do tego nie dopuścić (w skrajnych przypadkach można się liczyć nawet z trwałym niedowidzeniem „słabszego” oka), poza okresową kontrolą okulistyczną konieczne jest leczenie dziecka w poradni ortoptyczno – pleoptycznej.

Wady refrakcji przy dzisiejszych możliwościach skorygowania zarówno korekcją tradycyjną (okulary i szkła kontaktowe), a u osób dorosłych także chirurgiczną - nie stanowią najczęściej wielkiego problemu terapeutycznego. Jednak w wielu wypadkach wadzie wzroku towarzyszą inne patologie okulistyczne. Nieraz też mimo niewielkiego zakresu wady powstałe w dzieciństwie niedowidzenie jednego oka znacznie ogranicza funkcję narządu wzroku.

piątek, 6 stycznia 2012

KOLEJNY STYCZNIOWY PAT


Alicja Barwicka
Stało się już niedobrym zwyczajem, że na początku roku kalendarzowego niezależnie od opcji rządzącej mamy kłopoty z uzyskaniem pomocy lekarskiej. Co gorsza odnoszę wrażenie, że problemy w każdym kolejnym styczniu stają się coraz większe, a to z kolei powoduje wzrost rozgoryczenia pacjentów. Oczywiście nie wiadomo co złego przyniesie kolejny styczeń w tym zakresie, ale to, że raczej nie będą to dobre wieści wydaje się prawdopodobne.
Skupmy się jednak na problemach tegorocznych. Nowe regulacje prawne szykowano od dawna i nieprawdą jest, że lekarzy i farmaceutów zaskoczyły. Korespondencja ostrzegająca przed planowanymi absurdami prawnymi była wymieniana pomiędzy właściwymi instytucjami od lata 2011. Nic to jednak nie dało.
Nowy rok już trwa i skutki ustawy refundacyjnej oraz rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie recept lekarskich oglądamy sobie każdego dnia. Nałożenie na lekarza obowiązku sprawdzania czy składka zdrowotna danej osoby jest już na koncie NFZ (bo o to tak naprawdę chodzi w sprawdzaniu dowodu ubezpieczenia) jest pomysłem wyjątkowo perfidnym, gdyż jak każdy wie, poza samym NFZ i ZUS nikt w tym kraju wiarygodnymi informacjami na ten temat nie dysponuje. Ale jednocześnie w wywiadzie radiowym przeprowadzonym z Panią Prezydent mojego miasta 3 dni temu usłyszałam, że takie sprawdzanie jest obowiązkiem zawodowym lekarzy. Mimo wieloletniego doświadczenia zawodowego nie tylko nie miałam o tym pojęcia, ale nawet nie wiem jak bez jakiegokolwiek wiarygodnego narzędzia mogłoby takie sprawdzanie wyglądać. Mamy także w myśl nowych przepisów sprawdzać stopień refundacji leków. Nic prostszego. Nieważne, że system temu służący jest dostępny i działa w każdej aptece, a nie ma go oczywiście w gabinecie lekarskim. Jednym słowem aptekarz ma system i może z niego skorzystać, ale to lekarz bez systemu ma taką informację uzyskać. Ma oczywiście narzędzie w postaci blisko 190 stronicowej listy leków refundowanych, no i ma przecież dużo czasu. Po co ma badać pacjenta, kiedy może w tym samym czasie szukać stopnia refundacji danego specyfiku. Ale ponieważ wszystko jest sprawą dobrej organizacji pracy….
Z 15 minut przeznaczonych na wizytę lekarską – kilka minut zabierze mi sprawdzenie nieokreślonego dowodu ubezpieczenia. Kiedy po weryfikacji uda mi się wykluczyć oszustów ubezpieczeniowych, mogę już w ekspresowym tempie pacjenta zbadać. Muszę się spieszyć, bo gdy będę już wiedzieć jaka terapia byłaby odpowiednia – zostało mi już tylko kilka chwil na znalezienie stopnia refundacji i właściwe wypisanie recepty. Te ostatnie minuty są szczególnie stresujące bo poza presją czasu nie mogę się pomylić (grozi mi za to wysoka kara finansowa)! Ze strachu drży mi ręka i zachodzi uzasadnione podejrzenie, że recepta będzie nieczytelna! Oczywiście będę się bardzo starać, by takiego przestępstwa nie popełnić. Teraz już tylko szybkie wypełnienie dokumentacji medycznej wraz z wymaganym przez NFZ określeniem numerów procedur. Co prawda nie wydałam skierowania na badania dodatkowe, których zasadność chodziła mi po głowie podczas niespełna minutowego badania pacjenta, ale muszę przecież dokonać wyboru priorytetów…
Wielu rzeczy w tej sprawie mi szkoda, ale najbardziej pacjentów. Wczoraj nie potrafiłam wyjaśnić jednej z tych osób, dlaczego do leku wypisanego na „B” (bezpłatny) zgodnie z listą refundacyjną ma dopłacić blisko 20 PLN. Nie wiem, ale tak jak wielu moich kolegów jestem tylko pionkiem w grze tych większych. Gra jest szybka, a ja razem z innymi pionkami jestem i tak do „zbicia”. Szczucie społeczeństwa podłymi przestępcami jakimi są lekarze trwa bardzo długo i póki co chyba trwać będzie. Na koniec i tak zawsze można rzucić nam w twarz przysięgę Hipokratesa i kodeks etyki lekarskiej. Ale, ale…Przecież przysięgałam, że będę nieść ulgę cierpiącym, diagnozować, leczyć. Nic tam nie ma o sprawdzaniu miejsc pobytu naszych składek na ubezpieczenie zdrowotne.
Szanowni Państwo, przepraszam w swoim i w imieniu moich kolegów lekarzy za to co Was spotyka.
DUŻO ZDROWIA W NOWYM ROKU!

piątek, 2 grudnia 2011

Co nam może przynieść Św. Mikołaj?


Alicja Barwicka

Jeśli mamy grudzień, to niedługo powinny pojawić się jakieś prezenty. Przy założeniu, że byliśmy przynajmniej w miarę grzeczni powinniśmy coś dostać. Nawet najmniejszy prezent może być przecież powodem wielkiej radości. Każdy z nas pamięta takie święta, w których nie spodziewaliśmy się pod choinką niczego. A tymczasem WIELKA NIESPODZIANKA mimo, że nieraz całkiem niepozorna spokojnie czekała na naszą WIELKĄ RADOŚĆ. No, ale od czego w końcu są Święci?
Mając więc nadzieję, że w głowie i sercu najpopularniejszego świętego znajdzie się miejsce dla każdego z nas oddajmy się marzeniom…
A co może się znaleźć w wiadomym przepastnym worku dla chorych okulistycznie? To wie oczywiście tylko Święty Mikołaj, ale może by tak jakaś refundacja Taflotanu? Jest przecież bez konserwantów, a polewanie nabłonka rogówki dodatkowo chlorkiem benzalkonium do końca życia (w końcu jaskra to choroba przewlekła) zawsze rogówkę uszkadza.
Jest nadzieja, że w worku znajdą się nowe metody diagnostyczne oraz nowe terapie. Pierwsze sygnały o autoimmunologicznych aspektach jaskry już są. Warto by więc sprawę skonkretyzować. A terapie genowe? A AMD – czy miliony ludzi na całym świecie nie czeka na uporanie się z postacią wysiękową w bardziej efektywny sposób? A nowotwory? – może by tak jeszcze poszerzyć możliwości protonoterapii, a może jakiś dobry akcelerator? (strasznie daleko jest części chorych do pięknego Krakowa).
Ale na pewno w worku będzie dużo zwykłej wiedzy edukacyjnej. Jak się odżywiać w profilaktyce AMD, jak się nie zanudzić codziennym zapuszczaniem kropli w jaskrze, kiedy wydaje się, że nie ma żadnych różnic czy to robimy czy nie, jak pamiętać o nawilżaniu oczu podczas pracy przy komputerze, jak dbać o aktywność fizyczną aby zapewnić sobie dobre parametry krążeniowe i nie mieć nadwagi, no i w końcu jak nie zapomnieć o konieczności okresowych badań okulistycznych zwłaszcza, jeśli jesteśmy obciążeni rozmaitymi czynnikami ryzyka.
Jednym słowem Święty Mikołaj na pewno nie zapomni o życzeniach ZDROWIA dla nas wszystkich, abyśmy sami sobie mogli w zdrowiu życzyć WESOŁYCH ŚWIĄT!

wtorek, 1 listopada 2011

LISTOPAD = LIŚĆ OPADŁ



Alicja Barwicka

Kiedy dziecko uczy się nazw miesięcy staramy się tę naukę ułatwić dodając skojarzenia bazujące najczęściej na polskich powiedzeniach i przysłowiach. Jeśli chodzi o listopad, to właśnie wtedy „liść opadł”.
Zjawisko manifestowane jako opadanie liści to bardzo sprytny mechanizm, dzięki któremu w niekorzystnych warunkach (zmniejszenie nasłonecznienia, obniżenie temperatury i wilgotności gleby i powietrza) roślina może znacznie zwolnić metabolizm. Skutkiem tego procesu jest ochrona gatunkowa, bo pozwala na przetrwanie w fazie „uśpienia” do czasu, aż razem z wiosną pojawią się prawidłowe warunki do wznowienia wegetacji. Pozbywając się części swoich tkanek (w tym wypadku liści) „odpoczywające” drzewo może więc zimą dbać o odżywienie tylko części swojej masy i dzięki temu ma znacznie większe szanse na przeżycie. Podobny mechanizm oszczędnościowy włącza na czas warunków kryzysowych również wiele gatunków zwierząt. A co z nami?
To prawda, że niekorzystne warunki nie zmuszają nas do tak radykalnych zachowań, gdyż potrafimy z nimi walczyć i to z całkiem dobrymi efektami. W procesie ewolucji ludzkość wiele się nauczyła w zakresie dbania o utrzymania właściwego stanu zdrowia. Jeszcze kilkaset lat temu średnia długość życia człowieka nie osiągała 30 lat, a dzisiaj mamy już wiedzę, że fizjologiczna długość życia jest zaprogramowana na około 120 lat. W związku z tym organizm musi mądrze gospodarować swoimi zasobami, a wytwarzana na poziomie molekularnym energia nie może być marnowana. Intensywność przemian fizyko-chemicznych nieustannie zachodzących w naszych komórkach jest tak duża, że większość z nich nie jest w stanie funkcjonować aż przez 120 lat. I tu należy wspomnieć o dwóch fizjologicznych procesach: apoptozie i regeneracji. Apoptoza to naturalna śmierć komórki. Znamy już niektóre czynniki, które apoptozę mogą przyspieszać i staramy się je eliminować, lub przynajmniej z nimi walczyć. Wielu z tych winowajców stworzyliśmy sobie sami niszcząc środowisko naturalne, zmieniając niekorzystnie skład wody, powietrza, a także nawyki żywieniowe. W efekcie np. obserwujemy w tkankach wzrost stężenia reaktywnych postaci tlenu zwanych rodnikami tlenowymi, a nasze oczy narażone są na nadmiar światła, w szczególności w zakresie widma niebieskiego. Ale jest i dobra wiadomość. Wiele tkanek potrafi regenerować, chociaż w różnym tempie i nie wszystkie w sposób, jaki by nam odpowiadał. Pamiętamy oczywiście o naturalnych procesach starzenia się organizmu, w których z wiekiem dochodzi do przewagi zjawiska apoptozy nad regeneracją, ale trzeba dostrzegać każdy krok nauki zrobiony w kierunku poznawania procesów chroniących ludzkie zdrowie i życie.

poniedziałek, 3 października 2011

HISTORIA PEWNEJ SZKOŁY


Alicja Barwicka
Nauka w szkołach różnego typu rozkręca się na dobre. W końcu to już październik! Do rzeszy żądnych wiedzy kilka dni temu dołączyli studenci. Tak się najczęściej składa, że po latach szkołę wspominamy miło, a niektórzy wręcz z rozrzewnieniem. Pewnie dlatego termin SZKOŁA bywa również rezerwowany dla wielu bardzo szacownych określeń związanych z rozmaitymi polami aktywności człowieka. I tak np. mówimy o szkole flamandzkiej w malarstwie, greckiej szkole stoików, czy szkołach epikurejskich w filozofii. Jest oczywiście wiele szkół w zakresie nauk medycznych. A zatem słów kilka o jednej z nich.
Kiedy w 1918 roku Douglas C. MC Murtie, dyrektor Instytutu Czerwonego Krzyża w Nowym Jorku po raz pierwszy użył terminu rehabilitacja (z łac. habilitas – zręczność, sprawność i re – przywrócenie czegoś utraconego) dla określenia procesu usprawniania inwalidów I wojny światowej pewnie nawet nie przypuszczał, że słowo to zrobi międzynarodową karierę i określi nową dyscyplinę nauki. Wraz z rozwojem medycyny zaczęła rosnąć rola lekarza w procesie usprawniania leczniczego i rehabilitacja jako nauka stała się integralną częścią procesu leczenia.
W Polsce intensywny rozwój rehabilitacji nastąpił po II wojnie światowej, a wynikał z konieczności zajęcia się licznymi ofiarami najpierw wojny, a następnie epidemii polio z lat 50 – tych XX wieku. To wtedy dzięki pionierskim działaniom Profesorów: Wiktora Degi i Mariana Weissa oraz ich współpracowników stało się możliwe udzielenie szybkiej i skutecznej pomocy poszkodowanym. Mimo, że początki w trudnym powojennym okresie wiązały się z ogromnymi brakami kadrowymi i sprzętowymi, to wypracowano model postępowania, który jest niekwestionowanym osiągnięciem nauki Polskiej i do dziś jest znany na świecie pod nazwą Polskiej Szkoły Rehabilitacji. Stało się tak, ponieważ idea przedstawiona przez Profesorów Degę i Weissa zakładająca cztery podstawowe cechy systemu rehabilitacji: powszechny, kompleksowy, zapewniający wczesne rozpoczęcie i ciągłość trwania okazała się ponadczasowa. W krajach, które mogły finansowo zapewnić pełną realizację modelu rehabilitacji wg polskiego wzorca efekty w skali indywidualnej osoby, ale również w aspekcie społecznym są naprawdę doskonałe. Niestety w polskich realiach przez wiele lat ta dziedzina medycyny była ciągle niedofinansowana i trudno było o realizacją szczytnych założeń. Trudno się zresztą dziwić, że priorytetem rozwiązań kadrowych, sprzętowych i organizacyjnych były dziedziny medyczne związane z bezpośrednim ratowaniem życia ludzkiego. Ale wiele się na tym polu zmienia. Dziś już polski system rehabilitacji zaczyna coraz bardziej przypominać drogę realizacji nakreśloną przez swoich Twórców. Postęp wymusza też sytuacja demograficzna, bo starzejące się, ale ciągle aktywne społeczeństwo wymaga usprawniania! Rośnie też świadomość znaczenia aktywności fizycznej w codziennym życiu. Dziś jeden z kanonów rehabilitacji: „wiele leków można zastąpić ruchem, ale ruchu nie można zastąpić żadnym lekiem” nikogo już nie dziwi, a ludzie sami zabiegają o korzystanie również w celach profilaktycznych z dobrodziejstw tej dziedziny nauki.
O Polskiej Szkole Rehabilitacji pamiętają na świecie, pamiętajmy również i my!

piątek, 2 września 2011

IDZIE JESIEŃ


Alicja Barwicka

Pomijając wydarzenia historyczne - we wrześniu najczęściej dużo się dzieje. Dzieci idą do szkoły, niektóre nawet po raz pierwszy, znacznie skraca się długość dnia aż do zrównania z nocą w ostatniej dekadzie, kiedy to zaczyna się jesień. Co za tym idzie – robi się coraz chłodniej, a ranki są mgliste. Można oczywiście mieć nadzieję, że przynajmniej wartość rocznego limitu deszczu (liczona w wiadrach), jaka spada na m² powierzchni została już przekroczona w ciągu lipca i sierpnia tego roku, ale wiadomo przecież jaką cechą charakteryzują się dzieci nadziei.
Ponieważ jednak liczymy na to, że mimo wszystko tegoroczny wrzesień będzie ciepły, słoneczny, suchy, a przede wszystkim optymistyczny, to trzeba dobrze się przygotować na nadchodzące sukcesy. A więc:
• po pierwsze: ponieważ wilgoci w glebie zgromadziło się latem odpowiednio dużo - w lasach obrodzą grzyby; a jak powszechnie wiadomo Polak lubi wszystko co z lasu, a grzyby to już ponad wszystko. Aby uzyskać sukces – nie jadamy grzybów każdego rodzaju, a jedynie te, o których ponad wszelką wątpliwość wiadomo, że nie narażą nas na śmiertelne w skutkach zatrucie;
• po drugie: w związku z godną zauważenia wakacyjną aktywnością rodziców zdających sobie sprawę z konieczności przebadania własnych dzieci mamy już powód do świętowania sukcesu, gdyż po 1 września znacząco zmniejszy się liczba uczniów z osłabioną ostrością widzenia spowodowaną wadą wzroku uniemożliwiającą nie tylko odczytanie polecenia z tablicy, ale również efektywne ściąganie na pierwszych klasówkach;
• po trzecie: nie będziemy już musieli oglądać powtórki horroru z dnia 28 sierpnia 2011 z drużyną Arsenalu w roli głównej, bo drugi taki horror nie jest po prostu możliwy. Aby uzyskać sukces w podobnym przypadku – oglądamy jedynie właściwe wydarzenia sportowe (mogą być również z udziałem Szczęsnego). Oszczędzamy przez to skutecznie nasz system nerwowy, unikamy niszczycielskiego stresu, a dla pełnego szczęścia przynajmniej dwukrotnie podczas każdej połowy meczu wpuszczamy krople nawilżające do oczu, by zachować właściwy stopień wilgotności rogówki;
• po czwarte: ponieważ nie będzie padać, będziemy biegać, chodzić na spacery oraz zbierać liście, żołędzie i kasztany. Tu uda nam się osiągnąć kilka sukcesów za jednym zamachem. W końcu cytując mantrę rehabilitacji „prawie każdy lek można zastąpić ruchem, ale ruchu – nie da się zastąpić żadnym lekiem”. Nie tylko my sami, ale i nasze psy zyskają dzięki temu wiele na kondycji, a stracą na wadze. Z kolei zebrane trofea pozwolą naszym dzieciom (bo tylko one potrafią z tego co spadło z drzewa zrobić istne cuda) zabezpieczyć przynajmniej część materiałów niezbędnych do ćwiczeń manualno - edukacyjno – artystycznych.
• po piąte: ponieważ zdrowie jest najważniejsze – musimy zadbać na tym polu o „prywatne” sukcesy, zależnie od naszych zdrowotnych potrzeb. Rozpoczniemy (jak co roku zmotywowani po wakacjach) walkę ze złymi nawykami żywieniowymi oraz tym razem już na pewno z sukcesem - RZUCIMY PALENIE, bo naprawdę wszystkie badania dowodzą, że to najgroźniejszy wróg naszego zdrowia.